czwartek, 20 sierpnia 2009

kaskader



Zgodnie z obietnicą - dziś o mrożących krew w żyłach (głównie matczynych), przerażających (głównie matkę), nieco nierozsądnych oraz świadczących o wielkiej odwadze cywilnej (Tymka), wyczynach Małego Kaskadera

Prosto z grilla u Milenki pojechaliśmy - omijając piętnastosierpniowy HOT SPOT, czyli Częstochowę, cudnymi dróżkami przez okoliczne śliczne i malownicze niezwykle miasteczka - do Bełchatowa! W Bełchatowie mieszkają nasze Wspaniałe: Tosia i Marynia z Rodzicami. Od soboty do poniedziałku gościliśmy się, relaksowaliśmy i spędzaliśmy jak zawsze miło czas. U Wujostwa Klaksonów jak zwykle - niespiesznie, pysznie i wesoło było!

jedną z głównych atrakcji minionego naszego bełchatowskiego turnusu, była wycieczka do OSiR na (w??) Górze Kamieńsk. 25 km od Bełchatowa, zimą stok narciarski, a latem tor saneczkowy, gokarty, kłady i inne atrakcje. W tamtejszej restauracji zjedliśmy obiad (nie polecamy) i ruszyliśmy na podbój atrakcji.

Tymek zaczął lajtowo - od przeznaczonej dla swego przedziału wiekowego, wielkiej dmuchanej dżungli

Tymko w dżungli






Po wyskakaniu wszystkich dżunglowych skoków, ruszyliśmy do naszego właściwego celu wyprawy, czyli na tor saneczkowy. Droga była oczywiście pod górę, ale z takim wsparciem nie mogło się nie udać ;)


Ta śliczna dziewczynka, to Marianna, zwana Marynią, starsza od Tymka o 8 miesięcy - chrześnica Tymkowego Taty!


łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! zakręty były ostre... pierwszy zjazd "rozpoznawczy".... Tymek wrzeszczy z radochy, Mama chwilami z przerażenia i radochy oczywiście też ;)



Za drugim razem jechaliśmy tak szybko (Mamusia jechała nieco pewniej :D) że Wujo nie dał rady strzelić porządnej foty ;P

Jako że szalone saneczkowe zjazdy podniosły nam poziom adrenaliny, trzeba było jakoś ją jeszcze wykorzystać i zapewnić jej wysoki poziom we krwi przez dłuższy czas ;)
Oto jak to zrobił Tymkowski:

(Mama myśli: aaaaa, spoko, NA PEWNO nie da rady się wdrapać!)



(Mama wciąż myśli: eeee, spoko, zaraz się zniechęci, źle stanie, nóżka zacznie boleć i zrezygnuje)

(Mama wciąż myśli: hmmmmm..... nieźle Mu idzie....hmmmmm)


(Mama wymienia przerażone spojrzenia z Tatą.... no nic.... ryzyk fizyk...)

Tymko: Mamo! Zobacz jak wysoko jestem!
Mama: oj...no.... pamiętaj Tymku! Nóżkami do dołu!



Mama: Tymek! Zjeżdżasz czy wzywać wsparcie?






Choć w locie mina nietęga, po wylądowaniu, policzeniu kosteczek, sprawdzeniu wszystkich stawów Tymek powtórzył swój wyczyn jeszcze 2 razy. A potem czas na hulanki się skończył, siły totalnie się wyczerpały i Mama zarekwirowała wyraźnie dające znać o swoim niezadowoleniu tym faktem Dziecko i sprowadziła Je na ziemię.

To była super wyprawa! Dzieciaki były tak wymęczone że następnego dnia spali do 9! W Tymkowie takie spanie odbywa się arcyrzadko, więc jest to fakt godny odnotowania :)

PS Prawdę pisząc to przed saneczkowymi harcami Mama zjechała z tej wielkiej zjeżdżalni razem z Tymkiem - i to 3 razy! Więc to nie do końca tak że puściliśmy go na żywioł. Ale muszę z radością odnotować że to był moje pierwsze w życiu zjazdy z takiej zjeżdżalni! Cudnie mieć "pretekst" i zupełnie beztrosko móc bawić się jak dziecko....

1 komentarz:

  1. Brawo dla arcyodważnego Tymka i jeszcze odważniejszej Mamy! Wysokość zjeżdżalni zapiera dech w piersiach, serio!

    OdpowiedzUsuń

Kto nas czyta