Zatem zapraszam na ciacha!
Rozpoczęliśmy od przepisu, zdaje się dość podstawowego ;) znalezionego w książeczce dołączonej do foremek. Masło, jajo, mleko, proszek, cukier. Wymieszać, zagnieść, włożyć do lodówki. Szybko i bezboleśnie jak się okazało. Ciasto przeleżało w lodówce dobę a następnie zostało rozwałkowane przez papier do pieczenia (to mój własny pomysł, choć jestem pewna że nie Ameryki odkryłam - najważniejsze że nie babraliśmy się w mące, to i dla figury i dla porządku i minimalizowania sprzątania bezcenne). A potem...hulaj dusza! Cała nasza trzyosobowa rodzina miała fun i frajdę z wycinania ciach.



Wykazaliśmy się też nieco inwencją i robiliśmy różne ciacha fikuśne i powycinane to tu to tam ;)

Powyższe zdjęcia pochodzą z wypieku drugiego (czwartek rano). A poniżej wynik wypieku pierwszego (środa wieczór) Dodatkowo ozdobione przez Tymka i Tatkę na okoliczność gości którzy zjawili się u nas w środowy wieczór na kolacji.

Czwartkowe ciacha pojechały z nami do Krakowa i Wieliczki. Towarzyszyły nam w podróży i umilały wydłużony o 2h przejazd pociągiem do Krakowa. Ale o tym w następnym odcinku :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz